[23] Ucieczka




Fandom: Harry Potter
Postacie/pairing: Andromeda Black i Ted Tonks
Rodzaj: miniaturka, one-shot


~
Oddech weź – już najgorsze jest za tobą
W końcu gdzieś będzie lepiej, daję słowo
Nie bój się
Uwierz w siebie, masz już wszystko
Poczuj więc, że przed tobą cała przyszłość.
Myslovitz, Cisza i wiatr 



Ted. 
To tylko jedno słowo.
Trzy litery.
I cały mój świat.


Patrzę na zapisane przeze mnie w podręczniku słowa. Gdy uzmysławiam sobie po chwili, co właśnie zrobiłam, zamieram na chwilę. Szybko zamazuję piórem każdą literkę i w końcu, gdy nic nie widać, usuwam wielkie czarne kółko, które powstało, różdżką.

Podnoszę głowę i rozglądam się po klasie, aby się upewnić, że nikt, absolutnie nikt nie przeczytał tych słów,  chociaż jest to niepotrzebne, bo wszyscy i tak zajęci są swoimi sprawami.

Biorę głęboki wdech i kręcę z westchnieniem głową. Jest ze mną coraz gorzej, naprawdę. I jestem zdecydowanie mniej ostrożna. Muszę się pilnować. Gdyby ktokolwiek przeczytał te słowa... Gdyby ktokolwiek dowiedział się o Tedzie...

Zaciskam mocno palce na piórze  i odganiam od siebie tę potworną myśl.

Nikt się nie dowie. 


* * *

Lekcje z puchonami są dla mnie niesamowitą katorgą. Na całe szczęście siedzę kilka ławek za Tedem, więc właściwie widzę tylko jego plecy, ale kiedy odwraca się do swoich przyjaciół, moje całe ciało zamiera żebym pod żadnym, absolutnie żadnym pozorem na niego nie spojrzała.

Może trochę przesadzam. Ted ciągle mi to powtarza.

Narcyza jest ode mnie dwa lata młodsza i nie mam z nią lekcji, a Bellatrix ukończyła już Hogwart, ale mimo to wciąż bardzo, bardzo się pilnuję. Ślizgonki, z którymi spędzam czas i dzielę dormitorium są fajnymi dziewczynami, ale nie mam nawet najmniejszej wątpliwości, że gdyby któraś z nich dowiedziała się o nas, natychmiast powiedziałyby o tym Narcyzie.

Jest luty, całe Błonia toną w białym śniegu.

Marzy mi się żebyśmy mogli wybiec z Tedem po lekcjach na dziedziniec i najzwyczajniej w świecie zaczęli rzucać się śnieżkami. Bez tego ciągłego strachu, że ktoś nas zobaczy. Bez dbania o to, czy ktoś się dowie, czy nie. Bez wiecznego oglądania się za ramię.

Ale w naszym przypadku to niemożliwe.

Podczas przerwy obiadowej od razu kieruję się się do starej, nieużywanej przez nikogo łazienki na czwartym piętrze. Ted już tam na mnie czeka. Z torby wystaje mu jedzenie, które zabrał wcześniej z Kuchni. Co prawda łazienka to może nie najlepsze miejsce na jedzenie albo tajemne spotkania, ale nam to nie przeszkadza. Zdążyliśmy się już do niej przyzwyczaić.

Ted wygląda na bardzo z czegoś zadowolonego. W ręku ściska mocno zapisany cienkim pismem, skrawek pergaminu. Oczy mu błyszczą.

- Co się stało? - pytam ze śmiechem, gdy podchodzi do mnie i łapie w ramiona. Dopiero po trzech kółkach zatrzymuje się i mi odpowiada.

- Mój kuzyn... Właśnie dostałem od niego odpowiedź. Napisał, że z chęcią udostępni nam swoją chatkę w Fairford.  Możemy tam mieszkać tak długo, jak tylko zechcemy - mówi podekscytowany. - An, mamy miejsce, gdzie przeczekamy tą lawinę, która wybuchnie. A potem... potem naprawdę zaczniemy nowe życie.

Nie mogę się powstrzymać i zaczynam go całować.

Gdy Ted po raz pierwszy wspomniał o ucieczce, nie wierzyłam, że naprawdę mówi poważnie.

Ucieczka.

To słowo brzmiało i wciąż brzmi tak nierealnie. I niebezpiecznie.

Ale jest moim jedynym wyjściem. Jedynym wyjściem, abym mogła być z Tedem. Moja rodzina nigdy na to nie pozwoli. Nawet nie chcę myśleć o tym, jak zareaguje matka.

Mówię ucieczka. 

Ale myślę wolność.

Ucieczka to tak naprawdę synonim wolności.

* * *


Wiecie co jest dla mnie najwspanialsze na świecie?

Uśmiech Teda.

Może brzmi to śmiesznie, ale taka jest prawda. Wystarczy jeden jego uśmiech, aby sprawić, że od razu poprawia mi się humor, ocena Okropny nie wydaje się taka zła i żeby świat stał się odrobinę piękniejszy.

Na dworze robi się coraz cieplej. To sprawia, że nasze rozmowy ciągle krążą wokół naszych planów.

Ciągle kołacze mi się w głowie ponura myśl, że nam się nie uda. Ale Ted za każdym razem wybija mi ją z głowy. Wciąga mnie w snucie wizji naszej wspólnej przyszłości. Obok domku jego wujka, gdzie mamy zamiar zatrzymać się przez jakiś czas, jest miejsce na mały ogródek. Od zawsze miałam talent do kwiatów. Z radością myślę o tym, że pobawię się w ziemi i trochę ich tam zasadzę.

Cieszą nas małe, nawet najdrobniejsze rzeczy, które coraz bardziej przybliżają nas do naszego celu.

Rodzina Teda wie o mnie i o tym, co chcemy zrobić. Nie miałam okazji spotkać nikogo z nich i zawsze, gdy o nich myślałam, bałam się, że gdy wreszcie się spotkamy, mogą mnie nie zaakceptować. Że odrzucą, uznają, że nie jestem odpowiednią osobą dla Teddy'ego.

Ale jego rodzina różni się we wszystkim od mojej.

Susan Tonks wysłała mi list. Miał tylko kilka krótkich zdań, w których oznajmiła mi, że nie może doczekać się, aby mnie spotkać. A także życzyła mi dużo siły i odwagi.

Jestem jej z tego powodu bardzo wdzięczna, bo naprawdę będę tego potrzebować.



* * *


Pierwszy maja.

Ja i Ted przestajemy być ostrożni. Znikamy wieczorami, wymykamy się ze śniadań, kolacji i obiadów. Staramy się przestać. Oglądać się dokładnie za siebie. Nie zwracać uwagi swoim zachowaniem. Ale nie jesteśmy w stanie się powstrzymać.

Wolność jest coraz bliżej. Bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy ją praktycznie na wyciągnięcie ręki. Sprawia, że pragniemy mieć siebie jeszcze więcej dla siebie.

Mam wrażenie, że nasze pocałunki trwają nieskończoność. Bo kiedy któreś z nas przestanie, oderwie się na moment choćby tylko po to żeby złapać oddech, drugie natychmiast przyciąga z powrotem do siebie.

Nie umiem na niczym się skupić.

To nas zgubi, myślę patrząc w oczy Teda.

Żałuję, że miałam rację.

Gdybym choć trochę się opanowała, przywołała do porządku i była chociaż odrobinę ostrożniejsza, z pewnością zauważyłabym, że Narcyza mi się przygląda. Że mnie obserwuje, że coś podejrzewa.

Ale tego nie zrobiłam.

Narcyza siedzi w Pokoju Wspólnym ślizgonów. Ma założoną nogę na nogę, co sprawia, że jej już i tak stanowczo zbyt krótka spódnica, odsłania jeszcze więcej ciała. Jej blond rozsypane włosy są w dziwnym nieładzie, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Bębni paznokciami o blat małego stolika. Ten dźwięk niesie ze sobą jakąś złowieszczą nutę.

- Narcyzo? Co tutaj robisz o tak późnej porze? - pytam. Staram się brzmieć normalnie. To prawdziwy cud, że nie zadrżał mi głos. Ale zamiast tego drżą mi ręce, więc zaciskam je mocno w pięści.

- Czekam na ciebie - odpowiada z namysłem. Jej szare oczy wpatrują się we mnie z uwagą. Zachowuje się, jak wąż, obserwujący swoją ofiarę.

- Coś się stało? - to pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło.

Czuję, jak wszystko we mnie krzyczy i wrzeszczy, jakby w moim wnętrzu szalał jakiś straszliwy sztorm. Ale na zewnątrz jestem spokojna.

- Gdzie byłaś? - odpowiada pytaniem na pytanie.

Czuję, jak ręce zaczynają mi cierpnąć.

- W Bibliotece.

Czuję, jak świat zaczyna wirować mi pod nogami.

Od razu zdaję sobie sprawę, że to zła odpowiedź. Widzę to po jej ostrym, jak lód, spojrzeniu. Jeśli wcześniej miała jakiekolwiek wątpliwości, moje słowa je ostatecznie rozwiały. Wstaje szybko z fotela i rzuca się w moją stronę.

- Czy ty uważasz, że jestem głupia? Naprawdę sądziłaś, że uda ci się to przede mną ukryć? Wymykasz się z pieprzoną szlamą! Cholernym, nic nie wartym robakiem. Jeśli ojciec się o tym dowie... - przez cały czas krzyczy, ale po ostatnich słowach nagle milknie. Obie wiemy, że ojciec prędzej by mnie zabił niż pozwolił, abym spotykała się z kimś nieczystej krwi.

Zaczynam się trząść.

- Masz to skończyć. Rozumiesz? Nie obchodzi mnie co do niego czujesz. W innym wypadku napiszę o wszystkim rodzicom, a ten cholerny śmieć pożałuje, że w ogóle śmiał się do ciebie odezwać - syczy, wbijając boleśnie jeden ze swoich długich paznokci w moje ramię. Przypomina w tym momencie matkę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jak miałabym to skończyć, droga Narcyzo? Oddałam mu swoje serce, ciało, duszę i myśli. Świat był bezbarwny i pusty póki nie pojawił się w moim życiu. Z nim wszystko nabrało koloru.

- Dobrze, siostro.

Moja słowa ją uspokajają. Lód z jej oczu znika i znów pojawia się w nich ciepła nuta.

Wiele razy nie zgadzałam się ze swoimi siostrami, ale żadnej z nich nigdy nie okłamałam prosto w twarz.

To mój pierwszy raz.

I ostatni.


* * *


Dwa tygodnie. Czternaście dni. Trzysta trzydzieści sześć godzin. Dwadzieścia tysięcy sto sześćdziesiąt minut. Milion dwieście dziewięć tysięcy sześćset sekund.

Tyle czasu minęło odkąd ostatni raz rozmawiałam z Tedem, dotykałam go i całowałam.

Bawi mnie to, jak Narcyza traktuje moją miłość do niego. Jakbym była naprawdę ciężko chora, a ona mnie uratowała. Albo jak jakiegoś szkodnika, którego w porę udało jej się wyplenić. W swojej głowie chyba naprawdę uważa się za bohaterkę. Prawdziwą wyzwolicielkę.

Kiedy rozmawia ze mną, zachowuje się, jakby nic się nie wydarzyło. Mówi o imprezie, którą szykuje z Iris Selwyn z okazji zakończenia roku. Śmieje się z krukonki, którą chłopak rzucił na oczach całej szkoły. Kokietuje jakiegoś ślizgona z piątej klasy, aby przyniósł nam dzban zimnej lemoniady.

Niewiele mówię. Ale robię wszystko, co mi każe. Boję się nawet rozejrzeć po korytarzu, czy rzucić choćby krótkie spojrzenie na stół puchonów podczas obiadu. Narcyza chodzi krok w krok za mną. A gdy jej akurat nie ma i tak mam wrażenie, że czai się gdzieś w cieniu. Jej przyjaciele obserwują mnie, dziewczyny, z którymi nigdy wcześniej nie rozmawiałam, nagle przysiadają się do mnie przy stole. Aaron Avery proponuje mi wspólne pójście na obiad.

Czuję się osaczona.

Ale to nie jest najgorsze. Najgorsza jest w tym wszystkim niewiedza, bo nie wiem, co dzieje się z Tedem. Nie wiem gdzie jest, nie wiem co robi, nie wiem, czy Narcyza nie kazała zrobić mu krzywdy. Nic nie wiem. Nie pojawia się na żadnej naszej wspólnej lekcji Numerologii i Opiece nad Magicznymi Zwierzętami.

Czekam na jakiś znak. Czekam na jakąkolwiek wiadomość od niego.

Nie wiem, jak długo uda mi się wytrwać.


* * *

Wyglądam jakbym była chora. Tak samo zresztą się czuję.

Nie jestem w stanie nic przełknąć. Boli mnie wszystko. Od czubka głowy aż po koniuszki palców u stóp kończąc. Ale serce. To ono najbardziej daje mi się we znaki najbardziej.

Trafiam do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey chyba wyczuwa, że potrzebuję uwolnić się chociaż na chwilę od wszystkiego i od wszystkich. A najbardziej od Narcyzy. Kłamie jej, mówiąc, że czymś się zatrułam i potrzebuję dużo snu, aby pozbyć się tego z organizmu.

Dziękuje jej słabym uściskiem dłoni. Patrzy na mnie ze smutnym uśmiechem, a potem kiwa głową i zostawia mnie samą.

Jest noc. Nie chciałam wcześniej zaciągać zasłon, więc teraz księżyc razi mnie w oczy. Wstaję powoli z łóżka i już mam zamiar je zasłonić, gdy słyszę pukanie do drzwi. Po chwili ktoś wsuwa do środka skrawek pergaminu przez szczelinę pod drzwiami.

To ja. Ted. 

Zamieram na jedną długą chwilę. Patrzę z przestrachem na krukona, który leży na drugim końcu Skrzydła Szpitalnego, ale on wciąż smacznie chrapie.

Otwieram powoli drzwi.

Ted wskakuje do środka i natychmiast zaczyna ciągnąć mnie za rękę w stronę gabinetu pani Pomfrey. To średniej wielkości pomieszczenie, gdzie pielęgniarka bada pacjentów. Ściany mają biały kolor, na biurku leżą teczki z imionami uczniów, a  za szklanymi półkami znajdują się stosy maści i eliksirów.

Dopiero tam się zatrzymujemy. Przez chwilę panuje między nami przeraźliwa cisza.

Chłonę jego widok, jak gąbka. Patrzę na jego rozmierzwione jasne włosy, na zapuszczoną brodę i na niebieskie tęczówki. Fioletowy siniak rozciąga się pod jego okiem i widzę, jak się krzywi, gdy przez przypadek go dotyka.

Nie wiem, czy to Ted pierwszy rzuca się i łapie mnie w swoja ramiona, czy to ja pierwsza zaczynam obejmować go za szyję. A może to wszystko dzieje się jednocześnie. Nie zmienia to jednak faktu, że oboje trzymamy się siebie rozpaczliwie, a nasze serca biją tak głośno, że mam wrażenie iż zaraz zbudzą cały zamek.

- An - szepcze mi do ucha Ted. Dostaję gęsiej skórki na całym ciele. - Przepraszam... przepraszam, że nie odezwałem się wcześniej. Miałem taki zamiar, ale Narcyza posłała na mnie tych dwóch mięśniaków; Crabbe'a i Goyle'a. A potem zagroziła, że powie o wszystkim waszym rodzicom - głos mu drży.

Zaczynam całować jego twarz. Każdy milimetr skóry, którą znam lepiej niż swoją własną. Całuję fioletowego siniaka i bliznę po uderzeniu od miotły na policzku.

Nasze oddechy się mieszają. Próbujemy nacieszyć się sobą, ale mamy zbyt mało czasu. Musimy go przeznaczyć na zaplanowanie tego, co dalej.

Ucieczka w ostatni dzień szkoły nie wchodzi już w grę. Narcyza nie odstąpi mnie na krok. Muszę wrócić ostatni raz do domu. Pierwszego lipca matka i ojciec pójdą na przyjęcie, które organizuje Amerius Rokwood. Odbywają się regularnie, zawsze w każdy pierwszy dzień nowego miesiąca. To nudne spotkania, na których rozmawia się głównie o czarodziejskiej giełdzie. Myślę, że Bellatrix również się na nie uda. Gdyby wiedziała o Tedzie, może zmieniłaby zdanie. Ale nie sądzę, aby Narcyza cokolwiek jej powiedziała. W innym wypadku Bellatrix z pewnością jeszcze tego samego dnia pojawiłaby się w Hogwarcie.

- Czekaj na mnie na końcu ulicy o północy. Jeśli się nie pojawię...

- Wpadnę tam, przysięgam, i zabiorę ze sobą, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaka zrobię - przerywa mi.

Zaczynam płakać. Płaczę, bo wierzę, że mówi prawdę, że naprawdę to zrobi. Płaczę, bo tak cholernie się boję. Płaczę, bo muszę go w końcu puścić.

Ted scałowuje moje łzy. Jedna, po drugiej.

Jego dotyk na swojej twarzy czuję jeszcze długo po tym, jak opuszcza Skrzydło Szpitalne i nastaje świt. 


* * *

Cały dom jest pogrążony w przerażającej ciszy. Narcyza zasnęła na swoim łóżku, rodzice i Bellatrix już dawno wyszli na przyjęcie. Mimo to moje serce bije tak mocno w mojej piersi, że mam wrażenie iż słychać je na drugim końcu świata. 

Czego tak się boję? 

Schodzę powoli po schodach. Znam je doskonale, wiem, jak iść, w którym miejscu stąpać, aby nie zaskrzypiały. Z każdym kolejnym krokiem zaczynam coraz głębiej wciągać powietrze do płuc. 

Jestem już tak blisko. 

Tak blisko.  

- Wiedziałam - głos, który nagle odzywa się za moimi plecami, sprawia, że zamieram. - Narcyza powiedziała mi to dopiero, gdy wróciłaś do domu. Twierdziła, że nie mam czym się martwić, bo w porę zainterweniowała  i wybiła ci go z głowy - zaczyna się śmiać. - Nasza siostra jest bardzo, bardzo naiwna. Nie uważasz? 

Przełykam ślinę. 

Wyjście. Wyjście jest tuż za moimi plecami. Jeszcze tylko kilka kroków. 

- Naprawdę chcesz to zrobić? - pyta, przyglądając mi się uważnie. - Chcesz porzucić całą swoją rodzinę... Chcesz porzucić własne rodzone siostry, własną krew dla tego śmiecia? - zachowuje się jakby powiedziała jakiś żart.

Nie jestem w stanie się poruszyć, a co dopiero oddychać.

- Masz ostatnią szansę, aby dokonać dobrego wyboru. Jeśli zostaniesz, nigdy więcej o tym nie wspomnimy - mówi zimno po długiej chwili milczenia. - Jeśli uciekniesz z tą szlamą, już nigdy więcej tu nie wrócisz. A jeśli kiedykolwiek się spotkamy, zabiję cię. Masz moje słowo. 

Czy my naprawdę kiedyś bawiłyśmy się lalkami? Czesałyśmy swoje włosy? Śmiałyśmy się, opowiadając wymyślone historie?

Oczy Bellatrix są czarne, jak niebo, podczas burzy. Dostrzegam w nich furię, wściekłość i ból, który zawsze stara się maskować. Jakby w odruchu, jej palce dotykają tatuażu, który widnieje na nadgarstku.

Tojours Pour. Czysta krew. 

To całe jej życie. To wszystko co zna. Jako mała dziewczynka zasypiała z tymi słowami na ustach. Walczyła. Myślę, że również zabijała. 

Boli mnie serce i każda pojedyncza cząstka mojego ciała. Pragnę jej wytłumaczyć. Pokazać to, co Ted pokazał mi. Chcę żeby zobaczyła bezsensowność tego za czym tak ślepo podąża nasza rodzina. Że to nie krew się liczy. Nie ona definiuje kim jesteśmy i co możemy. To tylko płyn, który płynie w całym naszym ciele. Nic więcej. 

Ale Bellatrix nigdy nie zrozumie. 

- Jest tylko jeden dobry wybór i na pewno nie jest nim zostanie tutaj - odpowiadam po chwili, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność.

Mam wrażenie, że coś w mojej siostrze pęka. Ale szybko się z tego otrząsa a pode mną uginają się kolana, gdy dostrzegam głęboką, palącą nienawiść w jej oczach.

Zagryzam wargi, mocno, aż do krwi.

Muszę iść. Muszę. Ted na mnie czeka.

Powoli cofam się.

Odwracam.

I nigdy nie oglądam za siebie.


__________________________

Obserwatorzy

^